Na taki film Polańskiego czekałem od dawna: precyzyjny, skupiony, przemyślany w każdym słowie i każdej scenie. Może nie ma w nim mrocznego klimatu, którym Polański hipnotyzował w „Dziewiątych wrotach”, „Prawdziwej historii” i „Autorze widmo”; tego balansowania na granicy jawy i snu, odbierającego widzowi pewność, że to, co widzi, jest logiczne, znane, do wytłumaczenia. Mimo wszystko „Oficer i szpieg” to film, który wywraca wnętrzności, wgniata w fotel, wywołuje gniew i oburzenie, bo pokazuje walkę jednostki z władzą – władzą bezduszną, bezlitosną, dbającą wyłącznie o siebie.

Oficer i szpieg
Kadr z filmu „Oficer i szpieg”

Sprawa Alfreda Dreyfusa, która wstrząsnęła XIX-wieczną Europą, to nic innego, jak uniwersalna opowieść o tym, co dziać się będzie zawsze, pod każdą szerokością geograficzną, kiedy w imię porządku system będzie zniewalał człowieka, by zniszczyć go, gdy potrzebny będzie kozioł ofiarny, ktoś, na kogo zrzuci się odpowiedzialność za nietrafione decyzje.

Polański wybrał temat szeroko udokumentowany w pracach historycznych, wydawałoby się „samograj”, wymagający tylko tego, by uruchomić kamerę i krzyknąć „akcja”, a ujęcia zmontują się w harmonijną całość niczym doskonale dopasowane puzzle. Nic bardziej mylnego. Niedoświadczony reżyser utonąłby w potoku faktów, dialogów, niepotrzebnych dygresji, opinii i komentarzy. Rozmieniłby się na drobne, próbując uchwycić i opisać klimat tamtych czasów, niespokojnych, ponurych, przesyconych podskórnie kipiącą złością, która za kilkanaście lat pęknie jak wrzód, zatruwając organizm Europy.

Autor „Pianisty” skupił się na człowieku, a nie na polityce, analizując indywidualne wybory i dylematy moralne swoich postaci. To dlatego postacie z „Oficera i szpiega” nie są jednoznacznie źli lub dobrzy, krystalicznie czyści lub zbrukani grzechem kłamstwa (oprócz Dreyfusa, którego wina polegała tylko na tym, że był Żydem). Polański ich nie usprawiedliwia, bo tego, co zrobili, usprawiedliwić się nie da. Ale oddaje im głos, by mogli opowiedzieć o swojej lojalności wobec armii, o odpowiedzialności za system, za strukturę, która – jak twierdzą – ma swoje wady, ale jest fundamentem państwowego porządku, świętego i nienaruszalnego.

„Oficer i szpieg” to film fabularny, który ogląda się jak dokument, mając wrażenie obcowania nie z aktorskimi kreacjami, ale żywymi postaciami, wyciętymi ze starych fotografii i ożywionymi przez reżysera-demiurga. Wiemy doskonale, jak zakończyła się sprawa Dreyfusa. Oficer został zrehabilitowany i przywrócony do służby. Ale jego przełożeni, odpowiedzialni za antysemickie oskarżenia o szpiegostwo, nigdy nie przyznali się do błędu.
Roman Polański musiał zrobić ten film, by docenić tych, którzy ponad wszystko stawiali honor, uczciwość i sprawiedliwość. Wśród nich był pułkownik wywiadu Georges Picquart, pisarz Emil Zola, wydawca i późniejszy premier Francji Georges Clemenceau oraz setki francuskich intelektualistów, wspierających Zolę po publikacji jego listu „J’Acusse” („Oskarżam”) na łamach pisma „L’Aurore”. Oni odpowiedzialni są za efekt śnieżnej kuli, która przetoczyła się po Francji, zmuszających rządzących do zaakceptowania niewygodnych faktów i, ostatecznie, uniewinnienia Alfreda Dreyfusa.

Kto jeszcze stoi za sukcesem „Oficera i szpiega”? To między innymi autor zdjęć Paweł Edelman, Jean Dujardin (odtwórca roli Georges’a Picquarta), kompozytor Alexandre Desplat oraz scenarzysta Robert Harris. I ludzie, którzy zabrali nas w podróż do przeszłości: dekorator wnętrz Philippe Cord’homme, scenograf Jean Rabasse oraz projektantka kostiumów Pascaline Chavanne. Dzięki nim film Polańskiego w sobie szczerość i autentyczność, coraz rzadziej spotykaną we współczesnym kinie.