Not so happy ending…

Każdy kinoman na dźwięk słowa „Haneke” dostaje gęsiej skórki. Bo dziś trudno wyobrazić sobie kina bez „Funny Games” i „Pianistki”. Michael Haneke wielkim reżyserem jest i basta. Co nie znaczy, że wybrańcom X Muzy nie zdarzają się filmy słabsze albo – mówiąc nieco delikatniej – mniej zrozumiałe dla odbiorcy (który nie musi być przecież krytykiem literackim). Ja bez bicia przyznaję: miałem wielki problem z „Białą wstążką”, z którą męczyłem się niemiłosiernie, wiedząc, że to film o ważnych sprawach, ale opowiedzianych tak, że się nie chciało go oglądać. Podobne emocje towarzyszyły mi w trakcie oglądania najnowszej produkcji Hanekego „Happy end”.

To film zbudowany z mnóstwa niebanalnych historii, które mogłyby stać się tematem kilku doskonałych produkcji, ale tu zebrane zostały w coś, co okazało się nie do końca spójną opowieścią; opowieścią, która – co ciekawe – w trakcie oglądania jasno sugeruje, jak należałoby ją poprawić. Czekam więc na kolejny film Michaela Hanekego, wierząc, że fachowiec od „Funny Games” stanie na wysokości zadania. Ale nie wierzcie mi na słowo: idźcie do kina i sprawdźcie, czy mam rację. Bo może nie widzę w „Happy end” tego, co dostrzegli wielbiciele austriackiego reżysera.