Mieć czy być?

W jednej ze swoich piosenek zespół „Myslovitz” śpiewa: Kolejna strona „Mieć czy być”. Czy Erich Fromm wiedział jak żyć?. To nawiązanie do książki niemieckiego filozofa, socjologa i psychologa Ericha Fromm, który w eseju „Mieć czy być” podjął się znalezienia odpowiedzi na fundamentalne pytanie: Co daje nam szczęście? Bogactwo, konsumpcja, posiadanie, a może duchowe przeżywanie życia?

Fromm, jak na profesjonalnego badacza przystało, bezstronnie podchodzi do tematu. I mimo że przytacza różne fakty, opinie i refleksje, z jego książki płynie jednoznaczny wniosek: to, co daje nam życiową satysfakcję, napędza do działania, jest źródłem twórczej energii, to bycie – zmysłowe i duchowe doświadczanie świata. Książka „Mieć czy być” ukazała się w 1976 roku i chociaż od jej wydania minęło ponad 40 lat, esej wciąż zachowuje niepokojącą aktualność. Bo dziś liczy się przede wszystkim to, co posiadamy, a nie to, kim jesteśmy. Tylko czy bogactwo naprawdę jest źródłem szczęścia?

Wszyscy znamy banalne stwierdzenie, że człowiek to istota społeczna, „stadna”, która najlepiej funkcjonuje wtedy, gdy nie jest sama; gdy wchodzi w relacje z innymi ludźmi i – jako część pewnej struktury – buduje poczucie własnej wartości. Bo dzieje się tak, że samych siebie tworzymy zawsze w relacjach do innych, szukając w drugim człowieku odpowiedzi na pytanie: „Kim jestem?”. Natomiast w samotności błyskawicznie usychamy, tracimy poczucie sensowności świata, czujemy się zagubieni, tracimy radość życia. Jeśli już decydujemy się na egzystencję w pojedynkę, to przede wszystkim wtedy, gdy zostaliśmy przez kogoś skrzywdzeni, i życie w samotności traktujemy jako swoisty detoks od międzyludzkich relacji. Nikt nie decyduje się na życie w izolacji od innych, kiedy ma szczęśliwe życie, wspaniałą rodzinę, mnóstwo przyjaciół i znajomych. Dlaczego o tym piszę? Chodzi o to, by podkreślić wyjątkowość bycia z innym człowiekiem, bo nic nie jest w stanie zastąpić nam czegoś, co jest niezbędne do życia tak jak woda, powietrze i jedzenie. Na pewno nie zastąpią nam tego pieniądze, bo – po pierwsze: prawdziwych przyjaciół i miłości nie da się kupić (chyba, że interesuje nas wyłącznie namiastka uczuć), a po drugie: pieniędzy nie da się zjeść. Jest takie stare indiańskie przysłowie: „Kiedy wycięte zostanie ostatnie drzewo, ostatnia rzeka zostanie zatruta i zginie ostatnia ryba – odkryjemy, że nie można jeść pieniędzy.”). Oczywiście przysłowiowa „kasa” jest potrzebna, chociażby po to, by zaspokoić nasze podstawowe potrzeby związane z domem, jedzeniem, ubraniem. I ze zdrowiem, bo żeby chorować, trzeba mieć pieniądze.

Ale dziś straciliśmy w tym umiar. Z posiadania rzeczy najmniej zbędnych uczyniliśmy warunek naszego przetrwania. Nie wyobrażamy więc sobie życia bez nowoczesnych samochodów, płaskich telewizorów, lodówek podłączonych do internetu. Dlatego pracujemy ponad miarę, próbując sprostać modzie na posiadanie, wierząc, że to, co mamy w portfelu, określa to, kim jesteśmy. Ale nie ma nic bardziej złudnego, bo zaspokajając naszą rządzę bogactwa, wpadamy w pułapkę, z której nie ma wyjścia. Kiedy zapytano XIV Dalajlamę o to, co najbardziej go zadziwia, mnich odpowiedział: „Człowiek, ponieważ poświęca swoje zdrowie, by zarabiać pieniądze. Następnie poświęca swoje pieniądze, by odzyskać zdrowie. Oprócz tego jest tak zaniepokojony swoją przyszłością, że nie cieszy się z teraźniejszości. W rezultacie nie żyje ani w teraźniejszości, ani w przyszłości. Żyje tak, jakby nigdy nie miał umrzeć, po czym umiera tak naprawdę nie żyjąc”.

Powinniśmy uczciwie zauważyć: posiadanie pieniędzy nie jest niczym złym. Buddyści twierdzą, że człowiek bogaty zasłużył sobie na to dobrym życiem w obecnym lub poprzednim wcieleniu. Dlatego każde jego działania przynosi mu konkretne korzyści, np. materialne. A jeśli swój majątek zdobył nieuczciwie, to w kolejnym życiu zapłaci chorobą lub ubóstwem. Dla kogoś takiego ważne jest nie tylko to, w jaki sposób zdobył pieniądze, ale i co pożytecznego potrafił z nich uczynić. Wszyscy doskonale znamy powiedzenie, że lepiej jest dawać niż brać. Ktoś mógłby zapytać, dlaczego? Przecież zakupy działają na nas jak narkotyk, wywołując euforię podobną do zakochania. Prawda jest jednak banalna: radość z kupionego przedmiotu trwa zadziwiająco krótko, więc po kilku dniach marzymy o kolejnej sukience, kolejnym telefonie komórkowym lub nowej parze butów.

Zupełnie inaczej dzieje się wtedy, gdy obdarzamy kogoś prezentem, bez żadnego podtekstu, nie oczekując niczego w zamian. Naukowcy, badający nasz mózg, zauważyli, że właśnie wtedy nasz umysł i ciało odprężają się, relaksują na znacznie dłuższy czas, niż dzieje się dzieje po wyjściu ze sklepu z pełną torbą zakupów. W ten sposób fundujemy sobie doskonałą autoterapię, która zmienia pozytywnie nie tylko nas samych, ale i ludzi wokół. Bo obdarowana przez nas osoba na pewno – chociażby przez moment – zmieni swoje nastawienie do świata. Dlatego warto być bogatym: nie dla siebie, ale dla innych. Jeśli więc mamy pieniądze, pomyślmy, jak je wykorzystać, by zmienić coś na lepsze w swoim otoczeniu. Może regularna wpłata na organizację dobroczynną? Kupienie książek do gminnej biblioteki? Ufundowanie posiłków dla bezdomnych? Dlaczego nie?

Pamiętajmy również, że jeśli nie zostaliśmy wybrańcami fortuny, możemy podzielić się z ludźmi innym bogactwem. Przecież nas czas – wolny czas – może być dla innych nieocenioną wartością. Poczytamy więc bajki małym pacjentom w szpitalu albo zróbmy zakupy staruszce mieszkającej w naszym bloku. Nawet najdrobniejsza aktywność dla innych przyniesie nam satysfakcję. A pozytywna energia, zainwestowana po to, by czynić dobro, wróci do nas niepostrzeżenie, przynosząc ofertę nowej, lepszej pracy, wygraną w loterii, propozycję egzotycznego wyjazdu w ciepłe kraje. Tak, to możliwe. Ale nie wierzcie mi na słowo, tylko sprawdźcie, czy to działa. Szczęście jest na wyciągnięcie ręki. I nie znajdziecie go w banku, tylko gdzieś wśród ludzi, potrzebujących naszego wsparcia.

Fot. https://goo.gl/Rf8iaY